Pierwsza faza pandemii to duży sukces Polski. W drugiej o sukcesie nie ma mowy

W pierwszej fali pandemii byliśmy wzorcem dla innych krajów – odnotowywaliśmy ogólną niewielką liczbę zgonów na tle innych państw. Działania strategiczne opierały się na szybkim reagowaniu, strategii proaktywnej i przewidywaniu. Mimo że Polacy generalnie nie ufają instytucjom publicznym, błyskawicznie dostosowali się do zaleceń rządu. Dziś jesteśmy krajem w kryzysie. Co poszło nie tak? Naukowcy sprawdzili, co stało za polskim sukcesem w pierwszej fali pandemii oraz gdzie można nią było zarządzać efektywniej.

Naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, Uniwersytetu w Bath oraz London School of Hygiene & Tropical Medicine oraz Europejskiego Obserwatorium Nierówności Zdrowotnych przeanalizowali przebieg pierwszej fazy pandemii (marzec – lipiec). Dokonali analizy porównawczej z uwzględnieniem: liczby zdiagnozowanych przypadków oraz zgonów, mobilności populacji, rygorystyczności ograniczeń prawnych oraz poziomu ich przestrzegania. W badaniu porównano Polskę z wybranymi krajami zachodnioeuropejskimi oraz pozostałymi krajami Grupy Wyszehradzkiej.

– Zauważyliśmy, że w pierwszej fazie pandemii działania strategiczne opierały się na szybkim reagowaniu, strategii proaktywnej i przewidywaniu. Tych elementów zabrakło w drugiej fazie pandemii – mówi dr hab. Łukasz Gruszczyński, ekspert od prawa międzynarodowego i regulacji w zakresie ochrony zdrowia publicznego z Akademii Leona Koźmińskiego, kierownik badania. – Nasze analizy pozwalają wyjaśnić przyczyny początkowego sukcesu Polski w zarządzaniu pandemią oraz powody stojące za aktualnym kryzysem zdrowia publicznego – wyjaśnia ekspert.

Najpierw było obiecująco – szybko, stanowczo i proaktywnie

Polski rząd w pierwszej fazie rozwoju pandemii szybko wprowadził wiele surowych środków ochrony zdrowia publicznego, których celem było ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa w populacji. Początkowe dobrowolne zalecenia szybko ustąpiły miejsca środkom nakazowo-kontrolnym. Wysiłki te połączono ze stopniową intensyfikacją badań laboratoryjnych, śledzeniem kontaktów, kwarantanną i monitorowaniem osób przeprowadzających izolację. Większość środków wprowadzonych w tym czasie miała charakter proaktywny.

– Chociaż większość z tych działań nie była wyjątkowa dla Polski, w sumie tworzyły one dość rygorystyczny i szeroko zakrojony reżim w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Choć świat nie zalecał, by noszenie maseczek było obowiązkowe, Polska poszła pod prąd i taki nakaz wprowadziła. Wyprzedziła przy tym o kilka, a nawet kilkanaście tygodni nie tylko wytyczne WHO, ale też takie kraje jak Wielka Brytania, Francja czy Hiszpania – komentuje prof. Martin McKee z London School of Hygiene & Tropical Medicine, znany na świecie ekspert od zdrowia publicznego.

Polska była również jednym z pierwszych krajów UE, które zdecydowały się na zamknięcie swoich granic zewnętrznych, w tym z innymi krajami członkowskimi UE. Odbyło się to pomimo sprzeciwu Komisji Europejskiej. Dobrym miernikiem polskiej strategii jest wskaźnik GRSI, opracowany przez naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego, który pokazuje, jak stosujemy się do rządowych ograniczeń. W pierwszej fazie pandemii w Polsce osiągnął on wyższy poziom niż w innych krajach europejskich, ale również wzrósł zdecydowanie szybciej.

Potem zbiorowo oblaliśmy egzamin

Dlaczego zatem obecnie przechodzimy największy od czasów wojny kryzys zdrowia publicznego? – Zadziało się wiele rzeczy równolegle. To był efekt kuli śnieżnej. W marcu zareagowaliśmy bardzo szybko. Potem długo niewiele się działo, mimo że już we wrześniu można było zauważyć niepokojące tendencje w rozwoju pandemii, zbyt późno wprowadzono obostrzenia. Jednocześnie Polacy odczuwali coraz większe zmęczenie wynikające z konieczności przestrzegania obostrzeń, które zresztą można było zaobserwować we wszystkich krajach Europy. Podejście Polaków zaczęło się zmieniać, a niespójna komunikacja ze strony rządu dopuszczała różne interpretacje skali problemu i zagrożenia – wylicza dr Mateusz Zatoński, ekspert od zdrowia publicznego z Uniwersytetu w Bath.

Zdaniem naukowców kolejną zmienną, która przechyliła szalę na niekorzyść zdrowia publicznego, była kampania wyborcza. Sama w sobie nie stworzyła nowych zagrożeń epidemiologicznych. Można jednak zakładać, że w sposób pośredni wpłynęła na to, jak Polacy postrzegali poziom zagrożenia oraz czy chcieli przestrzegać istniejące w tamtym czasie ograniczenia. Dodatkowo w okresie od maja do czerwca 2020 roku wycofano znaczną część restrykcji, tłumacząc to koniecznością ponownego uruchomienia polskiej gospodarki.

Polska miała asy w rękawie

Autorzy analizy zwracają uwagę na kilka czynników zewnętrznych, które sprawiają, że nasz kraj miał warunki, aby spowolnić rozprzestrzenianie się COVID-19 w polskiej populacji. – Polska ma starzejące się społeczeństwo, ale nie aż tak jak inne kraje UE. Podczas gdy struktura demograficzna nie ma żadnego wpływu na rozprzestrzenianie się choroby, może mieć bezpośredni wpływ na liczbę ciężkich przypadków COVID-19 i zgonów, które są wyższe wśród starszych grup wiekowych – wyjaśnia Gruszczyński.

Jak mówi, gęstość zaludnienia również sprzyjała ograniczeniu rozwoju pandemii. – Polska ma wyższy odsetek ludności mieszkającej na obszarach wiejskich w porównaniu z większością ludności zachodniej. Naszym kolejnym atutem był słabiej rozwinięty niż w innych krajach Europy transport i łączność, zarówno wewnątrz kraju, jak i ze światem zewnętrznym. Co więcej, Polacy pozostają mniej mobilni, zarówno w kraju, jak i za granicą, niż ich zachodni rówieśnicy. Spędzają czas albo w pracy, albo w domu. Rzadziej niż inni obywatele UE odwiedzają restauracje, chodzą na koncerty czy wydarzenia sportowe – wylicza Gruszczyński.

To, co jednak stanowiło najbardziej istotne elementy naszego wiosennego sukcesu, to proaktywne działania rządu, poziom ich restrykcyjności oraz czas wprowadzenia, jak również powszechne ich przestrzeganie.

Łukasz Gruszczyński wyjaśnia na przykładzie. Wiosną 2020 roku współczynnik GRSI wynosił 83,33 pkt w skali od 0 do 100, w czerwcu obniżył się do 53,70, by w lipcu spaść do 40 pkt. Najniższą wartość osiągnął pomiędzy 18 września a 9 października, tylko 23,15 pkt, a więc w okresie, gdy krzywa zakażeń była już w silnym trendzie wzrostowym. W momencie wprowadzenia poważniejszych obostrzeń, między 9 a 10 października 2020 roku, Polska notowała prawie 5 tysięcy przypadków dziennie. W marcu podobne ograniczenia wprowadzano przy kilku-kilkunastu zidentyfikowanych przypadkach.

– Gdybyśmy konsekwentnie podążali za pierwszą strategią działania, dziś byłoby mniej ofiar pandemii, bylibyśmy punktem odniesienia dla innych krajów. Zbiorowo oblaliśmy ten egzamin – kwituje Gruszczyński.

Porównać skalę restrykcyjności obostrzeń w poszczególnych krajach i sprawdzić, jak przestrzegali je obywatele można na stronie – https://ourworldindata.org/covid-government-stringency-index. Dane na temat stosowania się do obowiązku zasłaniania ust i nosa oraz przestrzegania dystansu społecznego są dostępne pod linkiem – https://covid19.healthdata.org/poland?view=social-distancing&tab=trend.

Artykuł przedstawiający wyniki badań znajduje się aktualnie w procesie recenzji. Jego preprint jest dostępny na platformie SSRN – https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3786076.